Recenzje książek

Niebo na własność – Luke Allnutt

Niebo na własność to historia,
która pokazuje, że nic nigdy nie jest na zawsze. Rob i Anna poznali się w pubie po egzaminach na studiach. Nikt by nie przypuszczał, że beztroski,
pełen optymizmu, chaosu i luzu mężczyzna będzie pasował tak do ułożonej,
spokojnej i powściągliwej Anny. A jednak. Już pierwsza wspólna rozmowa
sprawiła, że zapragnęli ich jeszcze więcej. Mimo różnic w charakterze, podejściu
do życia i planów na przyszłość tworzyli zgraną, piękną parę. Kilka lat po
zawarciu małżeństwa postanowili postarać się o dziecko. Nie było to łatwe, ich
wspólna droga była usłana cierpieniem, łzami, rozczarowaniem, gdy Anna raz za
razem, około trzynastego tygodnia, traciła ich upragnionego Maluszka. Ale nadszedł
dzień, kiedy stali się jedną z najszczęśliwszych par na świecie – na świat
przyszedł Jack, upragniony, wymarzony, wyczekany syn. Od pierwszych dni życia
chłopca robili wszystko, aby miał piękne i bezpieczne dzieciństwo. Sielanka nie
trwała zbyt długo. Mały Jack zaczął coraz dziwniej się zachowywać – upadać podczas
jazdy na rowerze, bo, jak sam twierdził, dziwnie się poczuł, wywracać na sali zabaw,
bo zaczęło mu się kręcić w głowie. Początkowo rodzice podchodzili do tego z lekkim
niepokojem, ale szybkie powroty do siebie ich synka sprawiały, że złe myśli
dość szybko zastępowała radość z uśmiechu Jacka. Aż do dnia, gdy lekarz
postawił diagnozę – guz mózgu.
Powieść Niebo na własność nie jest
lekturą łatwą, choć prosto napisaną. Historie o cierpieniu dzieci nigdy nie są
przyjemne. Jednak autor nie skupia się tylko i wyłącznie na chorobie Jacka, jego
cierpieniu, terapiach, nastrojach. Tego jest tak naprawdę niewiele. W całej
historii postawił nie na dziecko, lecz jego rodziców. To, jak radzą sobie z
chorobą syna, jak próbują sprostać nowej rzeczywistości, jak oddziałują na nich
kolejne słowa lekarza, ale najważniejsze – czy radzą sobie w tym wszystkim
wspólnie, czy oddzielnie. Luke Allnutt pokazał, że miłość, pragnienie, rodzina
nie są niezniszczalne i nie zawsze są w stanie pokonać wszystko, co spotkają na
swojej drodze. Jak łatwo jest popaść w rozpacz, skupić się na tym, co czuje się
samemu, bez patrzenia na to, jak radzi sobie ukochana osoba. W życiu każdego
człowieka potrzebna jest empatia, bo bez niej trudno o wspólne funkcjonowanie bez
większych różnic zdań. U rodziców Jacka właśnie tego uczucia zabrakło – empatii.
Każde z nich próbowało uporać się z myślami na swój sposób, co jest dobre, lecz
bez rozmów, wspólnej walki, tego samego celu, można łatwo zagubić się gdzieś po
drodze i stracić wszystkie wartości, o które starało się przecież tyle lat.
Historia Jacka, Anny i Roba
mogłaby być wzruszająca. Mogłaby wywołać morze łez, rozpaczy, buntu i niezrozumienia.
Mogłaby wstrząsnąć mną tak, że nie mogłabym się po niej pozbierać. Zwłaszcza, że
pod sercem noszę synka, a więc uczucia i emocje głównych bohaterów powinny być
mi bliskie, powinnam bardziej się z nimi utożsamiać. Być może znalazłabym w
nich część swoich obaw? Jednak nic takiego nie miało miejsca. Niebo na
własność
 miało momenty, kiedy z lekko ściśniętym gardłem śledziłam dalsze losy
bohaterów, ale… nic więcej. Zabrakło mi obiecanego ładunku emocjonalnego, szarpnięcia,
poczucia bezsilności i niesprawiedliwości. I nie jest to wina samej historii, w
końcu guz mózgu nie jest diagnozą, którą każdy z nas pragnie usłyszeć. To sam
autor nie dał mi szansy poczuć tego wszystkiego, co chciał, abym poczuła. Jacka
poznajemy w dniu jego narodzin, a po chwili przeskakujemy do czasów, kiedy
skończył pięć lat. Brakowało mi historii z jego wczesnego dzieciństwa, abym
mogła zżyć się z chłopcem, poznać go bliżej, wiedzieć co czuje, co lubi, jakie
ma relacje z rodzicami. Na pewno dużo więcej jest wspomniane o relacji syna z
ojcem niż z matką, ponieważ udało się rodzicom zaszczepić w dziecku pasję do
fotografowania, tak bliską sercu Roba. Jednakże i tu zabrakło mi głębszej więzi.
Ponadto autor upodobał sobie częste przeskakiwanie między wspomnieniami bohatera
z czasów choroby synka, a rzeczywistością, w której przyszło mu żyć później, co
utrudniło mi w odbiorze wczucie się i w jedną, i w drugą historię.
O cierpieniu dzieci i rodziców
powstało już bardzo dużo książek. Nie jest to temat nowy, ma już swoje schematy,
utarte ścieżki. I nic nie stoi na przeszkodzie, aby kolejni autorzy poruszali te
zagadnienia w swojej twórczości. Jednak aby wyróżnić się na tle wszystkich
dotychczas wydanych, aby zostać w sercu czytelnika, aby skłonić go do większych
refleksji potrzeba czegoś więcej niż samego pomysłu i lekkości pióra. Trzeba
umieć zawładnąć emocjami czytelnika, pokazać mu relacje między bohaterami tak,
aby nie mógł się z nimi rozstać. A tego mi zabrakło w pozycji Luka Allnutta. Nie
była to zła książka, bo czytało się ją szybko i z zaciekawieniem, jednakże z
bólem serca stwierdzam, że nie zostanie w mojej głowie zbyt długo.

14 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *