Macierzyństwo,  Przemyślenia

Pierwsze 6 miesięcy odnajdywania się w nowej rzeczywistości…

… czyli o tym, jak mój świat odwrócił się do góry nogami, gdy zostałam mamą

 

Bycie mamą to nie była moja wymarzona rola. W dzieciństwie częściej wolałam bawić się w szkołę i być surową nauczycielką, niż odgrywać role związane z domowym gniazdkiem. Gdy koleżanki narzucały swoją chęć zabawy w rodzinę, ja zawsze wybierałam bycie dzieckiem. Nie odnajdywałam się w innej roli, szybko się złościłam, nic nie wychodziło mi tak, jak tego chciałam. Przez wiele lat mówiłam, że wcale nie muszę mieć dzieci, a gdy tego zapragnę to adoptuję, a nie urodzę. Dorośli nie brali moich słów poważnie, często powtarzali: zmienisz zdanie, gdy dorośniesz lub zmienisz zdanie, gdy weźmiesz noworodka na ręce. Mi wystarczała lalka babyborn mojej siostry.

Wiele się zmieniło, gdy poznałam Patryka. Tak naturalnie przyszła mi do głowy myśl, że może rzeczywiście bycie mamą to nie taka zła rola, jak mi się zawsze wydawało. Zwłaszcza u boku ukochanego. Myśl, że mielibyśmy kiedyś malucha, a nawet dwa!, coraz mniej mnie przerażała. A nawet bardziej oswajałam się z myślą, że za te kilka lat będziemy mieli większą rodzinkę. Ale to nie znaczy, że się tego nie bałam. Macierzyństwo pojawiające się w moich snach to zazwyczaj był koszmar, a nie przyjemność…

 

Obawy przyszłej mamy

 

Nie przerażały mnie nocne pobudki, bo byłam bardziej nocnym markiem, niż rannym ptaszkiem. Na studiach potrafiłam nie spać po 48 godzin, bo były ważne egzaminy. A najlepiej nauka wchodziła mi właśnie dzień/noc przed egzaminem. Nie bałam się trzymać tej kruchej istotki w swoich ramionach, nie panikowałam, gdy ktoś mi dawał swoje dziecko do potrzymania. Nie brzydziły mnie zmiany pieluchy i nigdy nie musiałam się tego uczyć – ta umiejętność jakoś sama przyszła, bez czytania instrukcji ;). 

Za to przerażała mnie odpowiedzialność za małego człowieka. To, że ode mnie zależy, jak będzie się rozwijać, jak ukształtuje się jego charakter, jakie nawyki nabierze. A  także jaki będzie wobec innych osób i samego siebie. Ale z tego wszystkiego chyba najbardziej bałam się braku umiejętności uspokojenia, ukojenia własnego dziecka. Paraliżował mnie strach, że moje przytulenie czy ciepłe słowa wcale nie będą działać, a skuteczniejsze okaże się wzięcie na ręce przez kogoś innego. Kilka swoich obaw, gdy byłam już w zaawansowanej ciąży, spisałam i puściłam w świat, o tu: Myśli, których nie da się wyłączyć. I powiecie, że skoro stworzyłam związek partnerski to nie będę w tym wychowywaniu dziecka sama. I macie rację. Ale to, co siedzi w głowie mamy i to, jak zmienia się jej życie… To inna bajka. I facet powie Wam to samo.

 

 

Macierzyństwo to jak jazda na karuzeli bez trzymanki… i zapiętych pasów bezpieczeństwa

 

Tak, były nocne pobudki. A w zasadzie nie można tego nazwać pobudkami, bo nasz synek był nocnym markiem z prawdziwego zdarzenia. Jeśli spał w nocy to głównie w moich ramionach, z piersią w buzi. Ale mi nie wolno było wtedy spać, zwłaszcza w takiej pozycji, a o odłożeniu nie było mowy. Ale gorsze od nocnych pobudek było czuwanie, nasłuchiwanie każdego oddechu malca. I nie dlatego, że ktoś mi kazał (choć w zaleceniach było wybudzanie dziecka co 3 godziny przez pierwszy miesiąc życia).

Z dniem, kiedy urodziłam synka, mój sen się zmienił. Przed ciążą mogłam zasnąć w każdych warunkach i mało co było w stanie mnie obudzić. Po porodzie nauczyłam się spać na siedząco, z wybiórczymi bodźcami wybudzającymi. Odgłosy wiertarki zza ściany? Uderzenia młotkiem? Przewrócone krzesło? Śmiech innych członków rodziny? To mnie nie ruszało. Przewracanie się na bok synka przez sen, jego głośniejszy oddech, jęk, wyplucie smoczka – wystarczyło cokolwiek z nich, abym już nie spała i była w pełni przytomna i gotowa do działania. Dziecko nauczyło mnie wstawania na żądanie, bez przesuwania budzika i proszenia o jeszcze pięć minut snu. Okej, przesadzam, o te pięć minut proszę każdego dnia, ale dziecko nie zawsze jest tak łaskawe ;).

Karmienie piersią to był mój koszmar i wspaniałe uczucie w jednym. Choć nie ukrywajmy, przy każdym przystawianiu noworodka do piersi nie czułam tych wspaniałych uniesień. Nie czułam się dowartościowana, piękna, nie błyszczałam na kilometr w nocy. Żartobliwie nazywałam się krówką, a laktator, maść z lanoliną i wkładki dla kobiet karmiących to byli moi najlepsi przyjaciele. I mimo bólu, pogryzionych warg od ich zaciskania, wyżłobionych ścieżek w policzkach od łez to cieszę się, że znalazłam w sobie tyle siły, determinacji, samozaparcia, aby chociaż kilka tygodni dawać dziecku to, co według wszystkich jest dla niego najlepsze. Karmienie piersią nauczyło mnie także cierpliwości – bo inaczej się nie da, gdy twoje dziecko delektuje się mlekiem i zamiast jeść maksymalnie pół godziny to robi sobie każdorazowo sesje półtoragodzinne, zmieniając dla rozrywki co jakiś czas pierś.

 

Macierzyństwo bez lukru

 

Macierzyństwo zmieniło moje ciało. Nie jest już tak jędrne, jak było przedtem, w niektórych miejscach czegoś ubyło, w innym przybyło. Do tego szybciej łapie mnie zadyszka, szybciej się męczę. Kilka dni temu minęło pół roku, odkąd jestem mamą, a ja każdego dnia uczę się akceptacji własnego ciała. Pomocą jest akceptacja ze strony partnera, jego zapewnienia, tłumaczenia, że hej, właśnie wydałaś na świat nasze dziecko, daj sobie czas. Ale dopóki sama nie przerobisz sobie tego faktu w głowie, nie przemielisz, nie przepłaczesz, nie wykrzyczysz to te zapewnienia są mało warte. Pomocne, owszem, ale niewiele warte, dopóki nie zrozumiesz, że to naturalna kolej rzeczy, a za jakiś czas, gdy bobas pozwoli, popracujesz i nad tym.

Wejście w rolę matki to inne spojrzenie na świat. Inny tryb życia, dostosowany do maluszka. To próba przewartościowania dotychczasowego życia, bo gdy dziecko jest wymagające to trudno znaleźć czas na wszystko, co się zaplanowało. Nie da się mieć szczęśliwego dziecka, wyprasowanych ubrań, obiadu trzydaniowego, czystej głowy pozbawionej złych myśli, mnóstwa wolnego czasu i jeszcze być wypoczętym.

A jeśli chodzi o planowanie, to możecie o nim zapomnieć. Przez pierwsze miesiące rozkładałam sobie obowiązki na różne dni tygodnia. Wiedziałam, że dopóki się nie sklonuję, to nie dam rady wszystkiego ogarnąć jednego dnia. Szybko się zorientowałam, że nasz syn ma swoje plany, które dyktują rozkład dnia. Czasem, przy odrobinie (ekhem!) wysiłku, współpracy, udaje się wypić ciepłą kawę, wstawić pranie, poukładać w szafie, zrobić obiad, a nawet wyjść na dwugodzinny spacer i przy tym gdzieś tam poczytać kilka stron książki. Ale nie oszukujmy się, takie dni zdarzają się naprawdę rzadko.

I wiecie, nim zostałam mamą to śmieszyły mnie słowa, że skończyło się swobodne korzystanie z toalety. Słuchałam tych stwierdzeń z przymrużeniem oka. Do czasu, aż nie urodziłam i nie obejrzałam stand-up’u Abelarda Gizy (fragment). Nastał czas załatwiania potrzeb fizjologicznych z jadą, jadą misie tra la la la la, śmieją im się pysie… w tle.

 

Nie musisz być idealna, wystarczy, że będziesz wystarczająco dobra

 

Obecność na świecie naszego syna nauczyło mnie, że nie muszę być idealną mamą, idealną kobietą, zawsze pomalowaną, z wypolerowanymi podłogami w domu i z pustym koszem na pranie. Wystarczy, że będę wystarczająco dobra. Dla siebie. Dla dziecka. Taka, która oleje brudne naczynia w zlewie, a czas na ich umycie poświęci wspólnej zabawie. Bo za kilka lat nie będziemy pamiętać, że czasem brudne naczynia za długo leżały nieumyte, lecz to, że wspólnie spędzaliśmy czas i poznawaliśmy razem świat.

Dziecko nauczyło mnie cieszyć się z małych rzeczy, dostrzegać piękno w zwykłych przedmiotach. Pokazało mi, że nawet najgorszy dzień może być piękny, gdy zobaczysz uśmiech na twarzy swojego bąbla i jego radość w oczach. I tyle mi wystarczy, z resztą przez kolejne miesiące jakoś sobie dam radę. Za jeden uśmiech jestem w stanie wybaczyć mu tajfun, jaki powstał z chwilą jego narodzin.

 


PS. Jeżeli podobał Ci się ten wpis to będzie mi miło, gdy dasz mi o tym znać w komentarzu. Wejście w rolę mamy sprawiło, że zmienił się mój świat i wzrosła potrzeba dzielenia się tym, co siedzi mi w głowie. Twój komentarz, nawet anonimowy, pozwoli mi podjąć decyzję, czy jest sens tworzyć cykl postów o macierzyństwie. A tymczasem zachęcam do dyskusji i dzielenia się swoimi doświadczeniami! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *