Recenzje książek

Ta jedna miłość – Dorota Milli

Po książkę „Ta jedna miłość” sięgnęłam skuszona tytułem. Nie czytałam opisu ani rekomendacji, o autorce również nic wcześniej nie słyszałam. Natomiast potrzebowałam powieści lekkiej w odbiorze, być może trochę przewidywalnej i infantylnej, ale takiej, przy której miło spędzę czas. A historie z miłością w tle zawsze miło się czyta. Zdałam się na intuicję i się nie zawiodłam. Nie przypuszczałam jednak, że dostanę coś naprawdę wciągającego.

Z miłością jest tak, że przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. I to zazwyczaj wtedy, kiedy w końcu przestajemy na nią czekać i zaczynamy akceptować siebie, a także coś robić z własnym życiem. Może nas trafić w sklepie, w parku, podczas przeglądania profili randkowych, na wyjeździe, albo na jakimś kursie czy siłowni. Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie spotkamy miłość swojego życia. Przeważnie zdarza się to wtedy, kiedy przestajemy już szukać.
Florka to kobieta zakompleksiona, niepewna siebie, topiąca smutki i niepowodzenia w czekoladzie. Od dziecka w jej życiu słodkie było na pierwszym miejscu. Odkąd sięga pamięcią to w ręce zawsze miała ciasteczko, batonika, pralinki, tabliczkę czekolady… Nie zdawała sobie sprawy, że coś jest nie tak, mimo prześladowań w szkole, i tego, że z każdym miesiącem robi się coraz większa i smutniejsza. Przecież jej rodzice, również znacznie przekraczający normę pod względem wagi, tak bardzo się kochali i akceptowali każdy swój kilogram. Również córkę kochali miłością bezgraniczną, uważając, że szczęśliwy człowiek to ten najedzony do syta. W dorosłym życiu wcale nie było jej lepiej. Gdy Florka dotarła do stanu krytycznego, do akcji wkroczyły przyjaciółki. Wiedziały, że nie będzie łatwo namówić dziewczynę na kolejną dietę czy ćwiczenia, więc udały się do podstępu, aby zmusić ją do podpisania papierów, które już na zawsze miały zmienić jej życie. Tak trafiła na wczasy pielęgnacyjne.
Sięgając po „Tę jedną miłość” Doroty Milli nie zdawałam sobie sprawy, że jest to ostatni tom cyklu „Marzenia do spełnienia„. Na szczęście dowiedziałam się o tym dopiero po przeczytaniu, inaczej bym była uprzedzona do powieści już na starcie i musiałabym koniecznie poznać najpierw poprzednie części. Autorka rozpoczęła książkę od przedstawienia bohaterów, więc nie odczułam braku znajomości poprzednich tomów. Wprawdzie nie miałam pojęcia co spotkało przyjaciółki Florki wcześniej, ale nie miało to większego znaczenia przy tej historii.
Na początku trudno było mi się skupić na fabule, którą napisała Dorota Milli. Dość mała czcionka, a do tego rzadko spotykane imiona sprawiły, że miałam problem z wciągnięciem się w powieść. Lukrecja, Florentyna, Walenty, Gabriel, Benon… Odniosłam wrażenie, że autorka na siłę próbuje stworzyć postacie oryginalne, zupełnie niepodobne do innych, właśnie za pomocą imion rzadko współcześnie spotykanych. Niepotrzebnie. Każda z postaci wyróżniała się temperamentem, sposobem bycia, poczuciem humoru czy podejściem do życia. Nadanie takich imion bohaterom sprawiło, że częściej wybijałam się z rytmu czytania, niż byłam pod wrażeniem pomysłowości. Ale gdy przestałam zwracać na to uwagę, to wciągnęłam się na dobre. Nie mogłam przestać czytać. Siadałam w każdej wolnej chwili i czytałam chociaż kilka stron.
Florka to postać bardzo… specyficzna. Choć zmaga się z nadwagą, uzależnieniem od słodyczy, z którego nie potrafi i tak naprawdę nie chce zrezygnować, nawet gdy zdaje sobie z niego sprawę, to przy tym jest osobą z poczuciem humoru. To, z jaką śmiałością łamie zasady panujące na wczasach pielęgnacyjnych, jej próby nierzucania się w oczy, które odnosiły odwrotny skutek sprawiały, że wybuchałam gromkim śmiechem. Przez jej niezdarność i zadziorność było kilka naprawdę zabawnych sytuacji.
Nim się zorientowałam, przeczytałam całą książkę i żałowałam, że to już koniec. Trudno było mi się rozstać z bohaterami, zdążyłam się z nimi zżyć i z przyjemnością śledziłam ich poczynania. Jest to pozycja lekka, którą mimo objętości szybko się czyta. Bawi, odpręża, wzrusza, zaskakuje. I choć można było przewidzieć zakończenie, które nie należy do najoryginalniejszych, to nie ujmuje to całej historii. Mimo wszystko naprawdę dobrze się bawiłam podczas czytania „Tej jednej miłości” i nie żałuję, że zaufałam intuicji.

12 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *